No to jedziemy. Pierwszy kontakt z ruchem ulicznym w Maroku nie wypada źle. Jednak jak jest się w ferworze walki to inaczej się to odbiera niż jak obserwujemy z boku. Po wyjechaniu z Agadiru jedzie się całkiem spokojnie. W pewnym momencie zjeżdżamy z głównej drogi i przenosimy się w czasie o jakieś 100 lat. Zupełnie inna cywilizacja. Obskurne warsztaty, towar sprzedawany na ulicy, platformy ciągnięte przez osiołki i tego typu sprawy. Z drugiej strony ma się nieodparte wrażenie że w miejscowościach nieturystycznych w razie potrzeby załatwiłoby się wszystko w przyjaznej atmosferze. Po jakiejś godzinie jazdy wjeżdżamy w góry Atlasu Wysokiego. Droga zdecydowanie się zwęża, momentami robi się szutrowa. Jedziemy wąwozem pomiędzy pionowymi skałami, który wyrzeźbiła rzeka płynąca w dole. Poziom wody jest niski i co jakiś czas mijamy ustawione w rzece krzesła i stoliki. Niektóre opuszczone, a czasami w pobliżu jakiejś budki z napojami czy jedzeniem. Widoki są rewelacyjne. Momentami jedziemy na samym dole przy rzece by po chwili być gdzieś wysoko i obserwować wszystko co dzieje się poniżej. Po pewnym czasie z pomocą miejscowych docieramy do Imouzzer. Właściwie bez zapytania tubylców, trafienie tam graniczy z cudem bo ze znaków nic nie idzie wywnioskować. Po wjechaniu do wioski podchodzi do nas około 25 letni chłopak i prowadzi do wodospadów. Oczywiście przeciąga nas przez sklepy z pamiątkami, które prowadzą jego znajomi. W końcu stajemy przed wodospadem. O tej porze roku przypomina raczej cieknący kran. Grupka osób skacze ze skał do małego jeziorka, a jakiś tubylec chce skakać za kasę. Ibrahim zabiera nas jeszcze na górę wodospadu skąd można zobaczyć ludzi poniżej skaczących do wody. Pokazuje nam też formację skalną przypominającą twarz i opowiada o hipisach, którzy kiedyś tu licznie zamieszkiwali. Mieli tutaj kompletny spokój i tani haszysz z produkcji którego słynie Maroko. Mówi że często ginęli kiedy nie trafiali w wodę skacząc upaleni ze skał. W drodze powrotnej pokazuje nam jeszcze jamę w której są małe psiaki. Natalia oczywiście zaraz chce zabrać jednego. Daję mu 50 dirhamów za oprowadzenie, a on mówi że mało. Patrzę na niego i mówię że za tą chwilę, którą nam poświęcił wydaje mi się to rozsądna kwotą. W końcu po krótkiej wymianie zdań dokładam mu jeszcze 20, a tu przy samochodzie obskakują mnie jeszcze jakieś sępy i mówią że postój płatny. Pukam im się w czoło i odjeżdżam, myśleli że trafili jelenia.